A Blog.com weblog
Rodzinne śniadanie w McDonaldzie zjedzone, uściski wymienione i pora zostawić to wszystko.
Za 29 godzin jestem. Do zobaczenia!
Kolejna nieudana próba wysłania wszystkiego co się przytargało na pocztę. A dlaczego? Ponieważ w drodze na pocztę poszłyśmy też odebrać nasze certyfikaty i zupełnie się nie spodziewałyśmy, że przy okazji dostaniemy też jakieś upominki w postaci bardzo fajnych (i ciężkich) książek o kulturze, historii i geografii Chin (szczerze mówiąc, to planowałyśmy je kupić w księgarni). Później zjadłam lunch m.in. z moją byłą współlokatorką.
Wieczorem Ania zrobiła dla nas koreańskie jedzenie, nie muszę dodawać, że pyszne. Potem wszyscy poszliśmy do baru Charlie’s mając na sobie koszulki z logiem baru, które swego czasu dostaliśmy. Chodzące reklamy!
Ogarnianie pokoju, małe zakupy i wizyta w barze pod hasłem żegnania Vicky (z Węgier). No, no, grubo było
i wygrałam wszystkie rozegrania w piłkarzyki, jest!
Kolejny dzień wypełniony zajęciami!
Zaczęło się od eksplorowania Qingdao z Vincentem. Najpierw pojechaliśmy do parku rzeźb Baihua 百花苑, a stamtąd już pieszo przeszliśmy na Wzgórze Qingdao 青岛山, gdzie mieściły się kiedyś fotyfikacje niemieckie, zbudowane zaraz po przejęciu Qingdao przez Niemców w 1898 roku. Takich fortyfikacji w Qingdao było całkiem sporo, ale wiele z nich zostało zniszczonych przez samych Niemców po zajęciu Qingdao przez Japończyków. W każdym razie na Wzgórzu Qingdao można obejrzeć ogromną armatę oraz wejść do podziemnego bunkra, w którym panuje zaledwie 12 stopni (co nam niezwykle odpowiadało w ten ciepły słoneczny dzień). Ciekawe miejsce, nadawałoby się do kręcenia jakiegoś horroru (na szczęście jeszcze nikt nie wpadł na pomysł straszenia tutaj). Później musieliśmy trochę przyspieszyć, ponieważ czekała mnie ostatnia lekcja w przedszkolu, a jeszcze po drodze trzeba było znaleźć jedzenie. Ale wszystko poszło sprawnie i na czas byłam w przedszkolu.
A tam poza prowadzeniem lekcji, zostaweniem tam wielkiej maskotki Hello Kitty (którą Vincent cały czas za mnie nosił), czekała mnie też 40 minutowa sesja zdjęciowa z dzieciakami, a to moim aparatem, a to przedszkolnym aparatem. Dzieci chyba nie za bardzo są świadome tego, że wyjeżdżam i nie wracam, ale przedszkolanki były dość zaskoczone. Nie wiem dlaczego tkwiły w przekonaniu, że pojawię się tam znowu we wrześniu.
Po pożegnaniu w moim małym miejscu pracy postanowiłam pójść na ścięcie. W Chinach to o wiele tańszy interes niż w Polsce. Zapłaciłam 15 yuanów (ok. 7 zł), a efekt też spoko.
Dobrze jest zacząć dzień od telenoweli! Jednak seans trzeba było przerwać, żeby wysłać trochę pokoju do domu. Wykonałyśmy z Bogusią mały przekręt i wyszło, że wysyłamy paczkę z Polski do Polski, ale nie wpłynęło to w żaden sposób na zmianę ceny. Trudno się mówi. W każdym razie mamy już 15 kg mniej w bagażu. Po wizycie na poczcie przyszła kolej na następne pożegnanie. Tym razem była to Sparta. Moja maszynka do ryżu została sprzedana w (mam nadzieję) dobre ręce za cenę 100 yuanów (ale przez moment proponowano mi śmieszną cenę 40 yuanów). Nie wspomniałam nic o tym, że trudności z zamykaniem pokrywy nie są wrodzoną wadą Sparty, tylko spowodowało je łajzostwo Króla, ale pokazałam, jakiego trzeba użyć triku, żeby ją zamknąć.
Po obiedzie pojechałyśmy na “Ulicę Technologii” 科技街 (kejijie), czyli po prostu miejsce z elektroniką. Byłyśmy tam po raz pierwszy, wcześniej jakoś nie czułyśmy potrzeby. Tym razem wybrałyśmy się tam w poszukiwaniu słownika elektronicznego, mimo że Ania już nam powiedziała, że są tam wyższe ceny niż w internecie. Jednak nam się udało wyszukać odpowiednie stoisko i stałam się posiadaczką różowego słownika za 700 yuanów (wcześniej oglądałamgo w księgarni, gdzie kosztował 998 yuanów)… Tak, zostawiłam Spartę, to zaraz musiałam sobie kupić inny gadżet
.
Następnym celem był Taidong. Tam zwróciłam kartę autobusową, a w następnej kolejności poszłyśmy do sklepu z napojami “Smile”, gdzie pracuje nasza para znajomych. Niestety, okazało się, że dziewczyna pojechała na północ do swojego miasta rodzinnego, ponieważ jej mama się rozchorowała. Także straciłam możliwość osobistego pożegnania się. Na szczęście chłopak był na stanowisku i zapytałam go, czy mogę sama sobie przygotować herbatę mleczną z tapioką. Po otrzymaniu zezwolenia radośnie wskoczyłam za ladę i pod uważnym nadzorem stworzyłam bananową herbatę mleczną. Sukces.
Dzień skończył się kolacją i piwkiem na ulicy przy uniwersytecie.
Jutro ostatni dzień w przedszkolu, jutro też zaczyna się maraton pożegnalny.
Dawno tak długo nie spałam. Przez to wprawdzie zostało mi tylko 20 minut na przygotowanie się do wyjścia na ulicę Jimo (dodam, że po raz ostatni), gdzie tym razem nic nie przypadło mi do gustu i żadne zakupy nie zostały poczynione. Prosto z Jimo pojechałyśmy z Bogusia do JUSCO, a stamtąd już do przedszkola. Dzisiaj był kolejny dzień zdobywanie pieniędzy ze wszelkich możliwych źródeł, toteż poprosiłam o wcześniejszą wypłatę oraz obrabowałam bankomat.
A wieczór telenowelowy i bardzo chaotyczny, próba ogranięcia co tak właściwie mam w pokoju nie skończyła się aż tak tragicznie.
Cykl ostatnich wchodzi w kolejną fazę.
Analiza rozbudowy autostrad w Chinach w latach 1988-1999 dokonana i można iść do domu. Na dworze ciepło, ale nie ma zmiłuj się, trzeba się zebrać w sobie, iść obrabować bank, zapytać o koszty paczki, zorientować się, gdzie można sprzedać Spartę. Wszystko, co wydawało się być ekscytującym zajęciem, w czasie, gdy uczyłam się do egzaminów, teraz już nie było takie zabawne.
Wieczorem mieliśmy pierwotnie zjeść kolację z naszą klasą, ale jednak wybór padł na kolację z ekipą z akademika, której celem było też pożegnanie Jimmiego. On zostaje w Qingdao, ale tak się złożyło, że teraz jedzie do Korei, a jak wróci, to nas już nie będzie. Dzisiaj wyjątkowo, zamiast baru czy karaoke poszliśmy po prostu na promenadę przy Placu Ruchu 4 Maja, siedliśmy pod wielkim parasolem, zrobiliśmy drinki i spędziliśmy miło czas. Zawsze to coś innego
Całkiem sporą grupą wybraliśmy się rano do szkoły. Michał nas zostawił i pojechał do Korei, a tymczasem my mamy 3/4 z głowy. Trudno się skupić na ostatnim egzaminie. “Myśli” wybiegają za godzinę 12 jutrzejszego dnia. Aż trzeba było sobie plan napisać, żeby ogarnąć to, co się będzie wtedy działo.
A jakie oni telenowele puszczają w telewizji!
W Polsce wybory. W Ameryce Dzień Niepodległości. Nie wiem, jak oni to tam świętują, ale wiem, że Oliver biega z flagą USA na plecach.
Jutro dwa egzaminy, uczę się, ale ile można, a poza tym, jutro rano Michał wyjeżdża, dlatego żeby się wyluzować i spędzić miło czas poszliśmy na kręgle. Według moich zasad (które ogłosiłam na początku, żeby nie było), to wygrałam, zdobywając najmniejszą ilość punktów. Jest!
Dochodzą mnie słuchy, że gdzieś tam około 7690 km stąd moje łóżko zostało postawione pionowo z powodu remontu. No to ja Wam powiem, że w Qingdao też jest remont, taki duży, a właściwie to się nazywa budowanie, ale w momencie kiedy jest hałas, to nie robi to wielkiej różnicy, czy to wiertarka w pokoju obok, czy jakieś wiertło na dworze. I jak tu się uczyć w takich warunkach!? (każda wymówka jest dobra
)
Najnowsze komentarze